Tym samym dotykamy drugiego, bardzo ważnego punktu: zaplecza polityczno-eksperckiego. Jako partia z pretensjami do reprezentowania intelektualistów, PD posiada kilka ciekawych w tym względzie nazwisk. A i dla samych polityków PD nieoczekiwane zaproszenia do mediów („skąd decyzja o przystąpieniu do sojuszu z Palikotem?”, „jak wygląda nowy sojusz?” i tak dalej) są niemal manną z nieba. Palikot jak wody potrzebuje z kolei kilku postaci, które mogłyby go odciążyć w kwestii bądź to obecności medialnej, bądź to w czasie wypraw „w teren”. A najlepiej po trochu w obu tych kwestiach. Kilka nieco zapomnianych, ale jednak „opatrzonych” już w polityce polskiej twarzy nadaje się do obu tych ról nieporównywalnie lepiej, niż osoby nigdy niezaangażowane w politykę – nieznane zupełnie wśród wyborców, nieinteresujące dla dziennikarzy, nie znające realiów medialnych ani wyborczych. „Doświadczeni w boju” przydają się też w kwestiach organizacyjnych, kiedy przyjdzie do wyborów.
Czy taki sojusz ma szansę się udać?
Patrząc jednak na przeszłość polskiej sceny politycznej, zauważyć trzeba dużą łyżkę dziegciu, która wisi nad beczką miodu Janusza Palikota. To, co w teorii dla analityków zwykle wyglądało na przemyślany, pozytywny i atrakcyjny politycznie ruch, zwykle niewiele zmieniało na samej scenie, a często nawet obniżało wyniki wyborcze formacji zaangażowanych w przedsięwzięcie. Za przykład niech służy tutaj inna koalicja w której udział brał nie kto inny jak sami demokraci – dawna koalicja „Lewicy i demokratów” - która nie podniosła niczyich notowań, a w średniej perspektywie czasowej spowodowała nie tylko marginalizację mniejszych partii na rzecz SLD, ale też spadek poparcia dla samego SLD. Wyborcy nieufnie podchodzą do wszelkich nieprzemyślanych i „rewolucyjnych” sojuszy – zimna logika ekspertów i analityków nikogo nie przekonuje. Tym bardziej, że w polskich realiach oznacza to raczej rozmycie wcześniejszej tożsamości, niż jej wzmocnienie. Ciężko bowiem wyobrazić sobie Palikota wśród spokojnych „kanapowych” polityków demokratów, ale też ciężko wyobrazić sobie doświadczonych polityków starszego pokolenia angażujących się w medialne prowokacje Palikota.
Koniec demokratów?
Demokraci starają się wyciągnąć lekcję z dawnego mariażu z lewicą, dlatego negocjują obecnie takie warunki, aby uniknąć wchłonięcia partii przez Ruch Palikota. Odsłania to nam jednak mimowolnie pewną ciekawą sytuację: okazuje się bowiem, że świeży, młody i dynamiczny Ruch Palikota, mimo braku realnej siły politycznej i wyników sondażowych poniżej progu wyborczego, przez analityków skazany niemal na zagładę (zwłaszcza w sytuacji, kiedy zakazane zostały wyborcze spoty telewizyjne, które mogły przypomnieć o Palikocie) ma na tyle silną pozycję przetargową, że spadkobierczyni Unii Wolności, zapomniana i zmarginalizowana, ale jednak pełnokrwista, „tradycyjna” partia polityczna obawia się wchłonięcia przez „nowych”.
Czy to ma szansę zadziałać?
Jak pokazuje doświadczenie, Polacy nie przepadają za mariażami partii. Często przynosiły one więcej strat niż pożytku, dlatego partie stosunkowo niechętnie decydują się na takie kroki nieprzyparte do muru. W tym wypadku mamy jednak element, który we wcześniejszych mariażach występował rzadziej, niż mogłoby się wydawać: dosyć bliskie pokrewieństwo programowe. Obie strony dość silnie akcentują swój liberalizm gospodarczy, pochwałę dla wolności, et cetera. W dodatku sytuacja demokratów od dawna jest nieciekawa. Ruch ten jednak może być sygnałem, że także optymizm Janusza Palikota kończy się, i musi sięgać po nieplanowane wcześniej środki. Ciężko bowiem przypuszczać, że jest to tylko medialna prowokacja, obliczona na kolejny dzień zamieszania wokół Ruchu Poparcia. Czas pokaże czy i komu wyszło do na zdrowie.
piątek, 4 marca 2011
W co gra Janusz Palikot? Część druga.
W co gra Janusz Palikot? Część pierwsza.
Dziś rano gruchnęła wieść, że Janusz Palikot i jego Ruch Poparcia prowadzą rozmowy na temat połączenia z Partią Demokratyczną. Warto bliżej przyjrzeć się temu planowanemu ruchowi, jako, że zdecydowanie jest to ruch interesujący w sensie politycznym.
Partia Demokratyczna demokraci.pl, powstała niejako na gruzach dawnej Unii Wolności, nigdy nie cieszyła się zbyt wysokim poparciem. Jej wyniki sondażowe od lat zatrzymały się w przedziale 1-3%, i perspektyw na zmianę tej sytuacji nie widać. Nie wygląda też na to, żeby sama partia miała na to jakiś interesujący pomysł, bo o jej poczynaniach na co dzień przeciętny wyborca nie wie absolutnie niczego. Zatem decyzja o rozmowach dotyczących połączenia może być pierwszym od dawna działaniem, które przypomni opinii publicznej o tym tworze politycznym. Czy jednak będzie miało to jakikolwiek wpływ na wynik wyborczy, i ofertę skierowaną do wyborców? Być może tak.
Jakie karty ma Janusz Palikot?
Przede wszystkim, należy spojrzeć na elementy, które obie formacje różnią, a tych jest sporo. Ruch Poparcia powstawał w pewnym sensie spontanicznie, oddolnie, na fali buntu wobec skostniałego systemu, oraz oczywiście popularności Janusza Palikota. Partia Demokratyczna natomiast jest tworem zupełnie odwrotnym – powstała z przekształcenia „partii intelektualistów”, czyli Unii Wolności, reprezentuje raczej pewien typ „kanapowych intelektualistów”, i ciężko wskazać jakieś znaczące przykłady dobrej komunikacji ze społeczeństwem, czy skutecznego propagowania swoich idei. Nawet mająca pewien potencjał marketingowy, nośna nazwa „demokraci.pl”, została zupełnie zaprzepaszczona, i dziś „pokolenie internetu” w znaczniej mierze nie wie nawet że istnieje partia, która w swej nazwie ma adres internetowy.
Gdyby spojrzeć na to w ten sposób, obie formacje mają bardzo wiele do zyskania. Janusz Palikot ma do zaoferowania przede wszystkim swoją medialność, swój wizerunek i znajomość PR oraz marketingu, przyciąganie uwagi do zapomnianego bytu. Nie bez znaczenie będzie tutaj także „świeżość” Ruchu, którego członkowie – jak lubi podkreślać Palikot – to często ludzie nigdy wcześniej niezaangażowani w politykę. Skoro teraz postanowili to zrobić, oznacza to, że ich motywacja i chęć do działania jest wysoka. Demokraci z kolei mają kilka elementów, z którymi nie lada problem ma twórca Ruchu Poparcia.
Co może zaoferować PD?
Po pierwsze, struktury regionalne, w dużej części odziedziczone jeszcze po Unii Wolności. To z tym ogromny kłopot ma Janusz Palikot, i moim zdaniem jest to jeden z jego największych kłopotów. Poświęcając gros czasu na objeżdżanie kraju, zachęcanie ludzi do tworzenia struktur i wstępowania do jego ruchu, traci swój największy atut, rzecz niezbywalnie związaną z Januszem Palikotem: jego obecność medialną. Prowokowanie, rzucanie haseł, przypominanie o sobie. Janusz Palikot objeżdżający kraj, i z tego powodu nie występujący z mediach – to nie jest ten Janusz Palikot, który zdobył swój kapitał polityczny na skandalizowaniu. To ktoś, kto zamienił się w to, co krytykował: polityk skupiony na formalnościach, nie na działaniu. Niewidoczny, a więc dla wielu „nic nie robiący”. W czasach, kiedy wyborcy „żerują” na medialnych obrazkach – taka nieobecność w początkowej fazie tworzenia partii jest destrukcyjna. Jednocześnie Palikot jako jedyna rozpoznawalna twarz swojego Ruchu zmuszony był jeździć i przekonywać – nikt inny nie był w stanie zachęcić wyborców do udziału w przedsięwzięciu. Teraz częściowo być może ten ciężar mógłby być zrzucony z jego barków, a dla wszystkich chyba widoczne jest, że Palikot nie czuje się komfortowo w roli mozolnego budowniczego.
CDN.
niedziela, 27 lutego 2011
Czy Polacy "lubią" hegemonię?
Na ostatnich zajęciach poruszone zostało ciekawe zagadnienie, mianowicie zagadnienie hegemonii jednej partii. Pytanie brzmiało czy „Polacy nie dopuszczą do hegemonii jednej partii”. Na usta od razu ciśnie się stwierdzenie, że absolutnie nie, co potwierdzałyby doświadczenia mniej więcej dwudziestu lat naszej demokracji – w ciągu tego okresu w zasadzie wszystkie rządy (nie licząc wyimków, jak np. mniejszościowy rząd Prawa i Sprawiedliwości, który zresztą nie trwał długo) miały charakter koalicyjny. Patrząc więc z dystansu, mogłoby się wydawać, że Polacy, delikatnie mówiąc, nie pałają sympatią do jedynowładztwa i cenią sobie konsensualne i negocjacyjne dochodzenie do decyzji w tworach koalicyjnych (zupełnie pominę tutaj aspekt tego, czy faktycznie decyzje te podejmowane są tak konsensualnie, czy też raczej znaczenie ma polityczna siła – to zagadnienie nie ma znaczenia dla niniejszych rozważań). Dodatkowo, pytani o preferencje dotyczące form rządzenia, Polacy odrzucają tzw. „rządy silnej ręki” i ogromną większością opowiadają się za demokratycznym systemem. Sytuacja wygląda więc na pierwszy rzut oka jednoznacznie. Jednak czy nie jest to złudny pogląd? Warto by spojrzeć głębiej w istotę zagadnienia – aby znaleźć liczne nieścisłości w tym poglądzie.
Bliższe spojrzenie
Po pierwsze, głosując w wyborach, Polacy od wielu lat systematycznie ograniczają liczbę partii dostających się do parlamentu. Stopień skonsolidowania sceny rośnie, maleją za to zdolności koalicyjne i liczba możliwych wariantów koalicji. Co więcej – silnie polaryzując scenę polityczną (od kilku lat niezmiennie spolaryzowaną pomiędzy PO a PiS, gdzie reszta partii gra raczej drugie, o ile nie trzecie skrzypce – a rosnące ostatnimi czasy poparcie dla SLD wcale nie narusza tej tendencji w znaczący sposób) co raczej nie sprzyja sytuacjom koalicyjnym, a wielu ekspertów swego czasu wyrażało opinie, że Polacy zmierzają do systemu de facto dwupartyjnego – gdzie siłą rzeczy rządy są jednopartyjne, a władza skupiona jest w jednych rękach.
Po drugie, warto w tym kontekście przywołać ostatnie wybory prezydenckie, gdzie Polacy wybrali prezydenta reprezentującego dokładnie tą samą opcję polityczną, co obóz rządowy. Nie zmieniły tutaj nic wielokrotne nawoływania, aby nie oddawać całości władzy jednej partii (podobnie zresztą sytuacja miała się 6 lat temu, kiedy zarówno wybory prezydenckie, jak i parlamentarne wygrało Prawo i Sprawiedliwość, choć sytuacja była o tyle różna, że wtedy bardzo żywe były oczekiwania koalicyjne i czekano na rząd PO-PiS-u). Wręcz przeciwnie – wydaje się, iż Polacy uwierzyli raczej, że taki wybór zakończy wreszcie „wojnę na górze” pomiędzy rządem a prezydentem i zapewni zgodę na szczytach władzy – czego od dawna oczekiwali. A cóż może dać narodowi więcej „spokoju na górze” niż rządy jednej tylko partii, nie potrzebującej koalicjanta?
Po trzecie wreszcie, warto przyjrzeć się reakcjom Polaków na pojawiające się co jakiś czas koncepcje zmian ustrojowych, mających polegać na wzmocnieniu jednego z ośrodków władzy. Zarówno koncepcje nadania większych uprawnień prezydentowi jak i lansowana swego czasu wizja bliska modelowi kanclerskiemu – raczej nie oburzały opinii publicznej, a często (zwłaszcza w przypadku większych uprawnień dla prezydenta) reakcje były raczej pozytywne. To także wskazuje na fakt, że Polacy chętnie widzieliby jasno zarysowaną odpowiedzialność władzy, miast przerzucania się winą za „blokowanie” swoich pomysłów.
Skąd więc koalicje?
Jeżeli sytuacja faktycznie wygląda tak, jak opisuję wyżej, skąd więc mimo wszystko niemal ciągła obecność u władzy rządów koalicyjnych? Moim zdaniem przyczyna jest bardzo prosta: Polska jest na tyle spolaryzowana, że obecnie trudno wyobrazić sobie partię, która jednoznacznie i samodzielnie zdobywa władzę. Podziały na „Polskę A” i „Polskę B”, na miasto i wieś, na młodych „wykształciuchów” i starsze „moherowe berety”, są tak silnie obecne w życiu politycznym Polski, że niemożliwością wydaje się partia, która w ich obliczu zdobyłaby znaczącą większość w wyborach. Jestem jednak przekonany, że gdyby się taka znalazła – Polacy (a w każdym razie ich większość) nie odczuwaliby z tej przyczyny istotnego zagrożenia. Gdyby działała zgodnie z ich poglądami, uważaliby wręcz, że może być pożyteczna - wszak jednomyślność przyspiesza decyzje, a konieczne w kraju reformy wciąż i wciąż się ślimaczą. Warunkiem jest jednak, że byłaby to hegemonia zdobyta demokratycznie, a nie siłą. Niezgoda Polaków na władzę niedemokratyczną jest nam wszystkim znana z historii wystarczająco dobrze.