Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania w internecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania w internecie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2016

Nowe media w polityce - polityka w nowych mediach

O politycznych „królach Internetu”

Niekwestionowanym pionierem w podboju tzw. nowych mediów i wykorzystania ich do politycznych celów jest Barack Obama. Jego pierwsza kampania prezydencka, która rozpoczęła się właściwie już w 2006 roku zrewolucjonizowała rynek polityczny, marketingowy i wizerunkowy. 

Urzędujący już drugą kadencję Prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, na początku swej drogi do prezydentury, w sposób wówczas całkowicie innowacyjny, postanowił podbić serca Amerykanów. W tym celu wykorzystał, na szeroką skalę, Internet, by docierać do rzesz rodaków i iść z duchem czasu. Jego pierwsza kampania wyborcza do dzisiaj jest prezentowana studentom i ukazywana jako przykład fenomenalnego wykorzystania nowych mediów w kampanii oraz innowacyjnych kanałów dotarcia do wyborcy.



Barack Obama stał się ikoną w amerykańskiej popkulturze. Nieznany polityk, na dodatek czarnoskóry, podjął się wyzwania, które z pewnością przerosłoby wielu innych. Ale on miał wizję, zapał, energię, charyzmę.  Tym wszystkim potrafił zarazić i olśnić Amerykanów. Jego krótkie i chwytliwe hasła wyborcze, takie jak „Yes we can”, „Hope”, „Change”, porwały tłumy i nie sposób było się z nimi nie identyfikować. Barack Obama był dla obywateli USA człowiekiem z ludu, będący odpowiedzią na ich problemy i dylematy.
Wyśmienite grafiki, podobizna Obamy na rzeczach codziennego użytku, kontakt sms-owy z wyborcą, obecność na każdym portalu internetowym – Barack Obama był z Amerykanami wszędzie. Po męczącej prezydenturze George’a W. Bush’a dawał nową jakość, młody wiek, ambicję i entuzjazm. Zarówno on, jak i jego rodzina dali się pokochać.

Obecnie, prowadzenie kampanii wyborczej w Internecie nie jest niczym wyjątkowym. Wręcz jest to oczywisty kanał kontaktu z wyborcą. Jednak można się zastanawiać, czy wykorzystanie tego środka przekazu zostało, na przestrzeni lat, udoskonalone, czy może tworzy z kandydatów tylko celebrytów, którzy muszą być obecni w internetowej przestrzeni, gdyż taki jest wymóg XXI wieku. W Stanach Zjednoczonych aktualnie triumfy wiedzie Donald Trump. Chociaż głośny, kontrowersyjny i radykalny w swoich poglądach, to Amerykanie, a przynajmniej pewna ich część, odnajduje siebie i swoje przekonania w jego przemówieniach. Z pewnością jego wizerunek odbiega od wizerunku Baracka Obamy z pierwszej kampanii wyborczej. Ale w sytuacji napięć, kryzysów, naród zaczyna poszukiwać większej wyrazistości i radykalności wśród polityków.

Donald Trump jest bardzo aktywny w Internecie,  w szczególności w telewizji. Jednak jego grafiki to zazwyczaj prezentacja mimiki mało przyjaznej, bardziej stanowczej i kłótliwej, inaczej niż w przypadku szerokiego uśmiechu Baracka Obamy. Można pokusić się o stwierdzenie, że Donald Trump jest „produktem” obecnych czasów. Terroryzm, imigranci, Ameryka walcząca o pierwsze miejsce na świecie – to wszystko powoduje, że poglądy Trumpa, jeszcze parę lat temu raczej niepopularne, dziś znajdują głosy poparcia. 



Internet ma niesamowitą moc. Raz wprowadzona informacja nigdy nie zniknie i już zawsze będzie krążyć po Internecie. To nowe media są dzisiaj przekaźnikiem obietnic wyborczych, relacji telewizyjnych, swoistym magazynem artykułów, opinii, haseł, fotografii. Pozwalają politykom docierać do każdego człowieka i towarzyszyć mu przez cały dzień. Siła Internetu motywuje sztaby do jeszcze większego zaangażowania w politykę i prowadzone kampanie. W świecie pochłoniętym obrazami, grafikami, zdawkowym opisem, na dalszy plan schodzą kwestie programowe, światopoglądowe i merytoryczne. Ważne staje się, by być w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu, a później zrelacjonować to na portalach internetowych. 

sobota, 19 maja 2012

W USA nie będzie „internetowego” prezydenta


http://300polityka.pl/sites/default/files/americans_elect_icon.png?1337327671
Stany Zjednoczone są pionierami w wymyślaniu coraz to bardziej nowatorskich kampanii podczas wyborów prezydenckich. Wystarczy przestudiować (nawet pobieżnie) ewolucję kampanii w USA, by dojść do takiego wniosku. W bieżącym roku, 6 listopada, odbędą się 57 wybory na prezydenta Stanów. Z racji tego, Amerykanie wpadli na dość ciekawy pomysł.

Americans Elect nie dał rady

            Americans Elect, to projekt, którego celem było wyłonienie kandydata na prezydenta USA, przez Internet. Kandydat ten miał być niezależny od 2 głównych, wyłonionych „klasyczną” metodą. Projekt przewidywał również zbieranie podpisów we wszystkich stanach USA tak, by kandydat Americans Elect mógł znaleźć się na kartach do głosowania w listopadzie. Warto zaznaczyć, że Americans Elect nie było partią polityczną. W prawyborach sieciowych mógł wziąć udział każdy Amerykanin, każdy też mógł zostać zgłoszony jako potencjalny kandydat na prezydenta. W pierwszej fazie prawyborów, 360 000 delegatów zgłosiło 52 kandydatury. w tym gronie znaleźli się m. in.: Ron Paul, Condoleezza Rice, Hillary Clinton, Michael Bloomberg. Jednak coś poszło nie tak. W kolejnej rundzie głosownia żaden z kandydatów nie zdobył wystarczającej liczby głosów, by przejść dalej. W związku z tym, specjaliści zadają sobie pytanie: „Czy to jest Porażka internetowego aktywizmu?”
            Dość niespodziewanie, główną przyczyną porażki tego przedsięwzięcia była ta część inicjatywy, która miała być jej największą siłą – głosowanie i aktywność w sieci. Na początku tego roku zgłoszono 52 kandydatów, w kolejnym etapie procesu nominacyjnego – głosowaniu które miało wyłonić z sześciorga najbardziej popularnych kandydata na prezydenta, żaden z nich nie uzyskał wymaganej ilości 10,000 głosów. Niestety, następne rundy również nie wyłoniły kandydata. Nadzorujący projekt Americans Elect przyznał się w końcu do porażki. Głosowanie odbywało się na specjalnie przygotowanej platformie. Cały koszt projektu to blisko 35 milionów dolarów.
            Ludzie pracujący przy tym projekcie byli świadomi, że na sukces trzeba pracować wiele lat. Wiedzieli, że od razu nie uzyskają takiego poparcia, jakie sobie zakładali na starcie, jednak najważniejsze było to, żeby dać do zrozumienia wyborcom, że można przełamać monopol dwóch partii w USA.

Co dalej?

            Projekt „American Elect” nie jest całkowitą klapą. Świadczą o tym choćby liczby. Na przykład, AE zebrał 420 000 delegatów oraz miliony aktów poparcia w całym kraju. Poza tym, AE nie znalazł odpowiedniego kandydata, który byłby na tyle charyzmatyczny, żeby zagrozić obecnemu prezydentowi, Barack’owi Obamie. W końcu, sam grunt, na którym działał American Elect, jest dość specyficzny. W Stanach od wielu lat 2 główne partie polityczne, Demokraci i Republikanie. Zawsze prezydentem zostawał kandydat, wywodzący się z któregoś z tych 2 obozu. Całkiem możliwe, że gdyby American Elect przenieść do Europy, odniósłby on o wiele większy sukces, niż obecnie. Według mnie, taka inicjatywa jest bardzo ciekawym „ubarwieniem” dla klasycznej polityki. Mamy XXI wiek, Internet święci tryumf nad pozostałymi mediami. Póki co, prym wiedzie telewizja, jednak z roku na rok, systematycznie to się zmienia na korzyść Internetu. Możliwe, że w przeciągu dekady lub dwóch, takie inicjatywy jak American Elect, będą na porządku dziennym w większości krajów. Czy można zatem mówić o całkowitej porażce „internetowego” prezydenta? Według mnie, to dopiero początek rewolucji w procesie budowania kampanii wyborczej, nie tylko w Stanach, ale na całym świecie.

piątek, 27 maja 2011

Kto i po co pisze blogi? cz. 2


Kto jest autorem wpisów na blogu Jarosława Kaczyńskiego?

Sam pomysł założenia bloga podsunął ponoć Kaczyńskiemu rzecznik partii Adam Hofman. Jednak on jest człowiekiem równie zajętym jak sam prezes PiS, w związku z czym trudno przypuszczać, aby wyręczał Kaczyńskiego w pisaniu bloga. W jednym z marcowych numerów tygodnika "Uważam Rze" (nr 8/2011, 28.03-3.04) redaktorzy Robert Mazurek i Igor Zalewski w swojej stałej rubryce "Z życia opozycji" napisali: "Żarty na bok. Wszystkie warszawskie wiewiórki szepczą, że za tekstami Kaczyńskiego stoi były naczelny "Wprost", a nasz dobry znajomy Stanisław Janecki. I rzeczywiście, te erudycyjne wstaweczki, te nieoczekiwane porównania, potoczysty styl, dowcip - czysty Staszek. A człowiek to pracowity wielce, bo pod koniec sam ten "Wprost" opędzał, no i skromny niesłychanie. Wszak od zawsze podpisywał się cudzymi nazwiskami." (cyt. za http://emerytka.nowyekran.pl/post/8659,kto-pisze-blog-jaroslawa-kaczynskiego). Gdzie leży prawda? Oczywiście trudno dociec, bez stosownych ku temu przesłanek. Nieładnie byłoby jednak ze strony Kaczyńskiego (z resztą tak jak w przypadku każdego innego pseudo-blogującego polityka), gdyby oszukiwał swoich wyborców podsuwając im na swojej stronie teksty wynajętego „murzyna”, podpisując jako własne.

Blog vs papier

Czy blogi wyprą tradycyjne formy publicystyczne? Istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, iż może się tak zdarzyć. Znacznie łatwiej, wygodniej i przede wszystkim taniej sięgnąć do określonej treści w internecie niż kupić gazetę czy książkę. Politycy mają tego świadomość. Wykorzystują więc wzrastają popularność wirtualnych form pisarskich, żeby niemalże bezpośrednio komunikować się ze swoim potencjalnym wyborcą. Zbędna staje się w tym wymiarze przychylność takich czy innych mediów. Polityk sam pisze to, co mu się podoba, bez ryzyka, że jakiś niepokorny dziennikarz zmieni jego wypowiedź odwracając kota ogonem.

Bez względu na to, czy media papierowe będą się utrzymywać na rynku, czy stopniowo z niego znikać (mam na myśli tutaj poważne czasopisma opiniotwórcze, nie tabloidy), blogów będzie coraz więcej. Już teraz własne blogi czy strony zakładają także kandydaci startujący w wyborach samorządowych. Blog będzie zdecydowanie zyskiwał na znaczeniu, jako istotny element kampanii wyborczej prowadzonej w tak nieokiełznanym medium, jakim jest internet. Zarówno politycy, jak i specjaliści w sztabach wyborczych doskonale zdają sobie z tego sprawę i z pewnością będą to wykorzystywać przed kolejnymi politycznymi starciami.

Może zatem warto zastanowić się nad kontynuacją naszej przygody z blogiem, jaką większość nas rozpoczęła z początkiem semestru. Jeśli komuś z nas udało się połknąć bakcyla, to możliwe, że z czasem zostanie za to wynagrodzony, gdy ktoś kiedyś wyłowi jego wyjątkowego bloga z zanieczyszczonego internetowego morza. W każdym razie wszystkim nam tego życzę.

Poniżej podaję, bądź przypominam jeszcze kilka linków do najpopularniejszych blogów polityków (politycznych):

http://jaroslawkaczynski.salon24.pl/

http://napieralski.blog.onet.pl/

http://palikot.blog.onet.pl/

http://korwin-mikke.blog.onet.pl/

http://kmarcinkiewicz.blog.onet.pl/

http://kataryna.blox.pl/html