wtorek, 10 kwietnia 2012
Kolejna rocznica, kolejne animozje.
sobota, 4 czerwca 2011
Warszawa(EPWA) - Smoleńsk Siewiernyj, wina leży po każdej stronie?
Jak każdy z nas Polaków doskonale wie 10 kwietnia 2010 roku doszło do katastrofy rządowego samolotu TU-154m Lux na pokładzie którego zginął prezydent RP wraz z małżonką oraz 94 osoby będące na pokładzie statku powietrznego. Chciałem się przyjrzeć bliżej temu, co wydarzyło się podczas feralnego lotu ora temu co mogło doprowadzić do tej katastrofy.
Zacznijmy od opisu 36 specjalnego pułku lotnictwa transportowego. Jest to elitarny pułk przewożący najważniejsze osoby w kraju. Do pułku wybierani są tylko najlepsi z najlepszych piloci wojskowi. Spoczywa na nich moim zdaniem dużo większa odpowiedzialność niż na pilotach liniowych ponieważ z reguły na pokładzie samolotu, którym dowodzą znajduje się jakaś z osób zarządzająca państwem. Lotnicy z tego pułku zarabiają około pięciu tysięcy złotych, gdzie latając na samolotach rejsowych minimalne wygrodzenie jest trzy razy wyższe. Co dla mnie nie jest normalną sytuacją. Do swojej dyspozycji mają bardzo wysłużone maszyny.
Feralnego dnia na pokładzie rządowej tutki była bardzo niejasna sytuacja. Kiedy podczas normalnych lotów kapitan jest „bogiem”, w randze jest on wyżej nawet od prezydenta czy premiera, tak tego dnia leciał z nimi dowódca sił powietrznych, który był ich (pilotów) bezpośrednim przełożonym. Mogę tylko spekulować, że gdyby dowódca statku powietrznego nie wykonałby rozkazu przełożonego został by dyscyplinarnie zwolniony z pracy i już nigdy nie znalazł by praczy jako pilot a tym bardziej kapitan statku powietrznego. Już nigdy zawodowo nie mógłby robić tego, co najprawdopodobniej kochał. A z tego co do tej pory wiemy o katastrofie to generał broni pilot Andrzej Błasik w feralnym momencie był w kokpicie.- Wyobraźcie sobie jaką jest to presją nawet dla nas podczas zwykłej pracy, kiedy przełożony patrzy nam na ręce-. Mogę tylko spekulować, że piloci mogli usłyszeć coś w stylu musimy wylądować, jak nie wylądujecie to... A wiemy, że za prezydentury Lecha Kaczyńskiego naciski na kapitanów miały już miejsce w Gruzji. Wtedy to kapitan sprzeciwił się lądowaniu w Tibilisi i wylądował na zapasowym lotnisku po czym zwolnił się ze 36 pułku.
Warunki nie sprzyjały, piloci dobrze o tym wiedzieli, samolot z ochroną prezydenta Rosji odleciał do Moskwy po czym polski samolot podchodził do lądowania- chcieli pokazać, że są lepsi?- Po podejściu kontrolnym do minimum kapitan odszedł na drugi krąg, po czym próbował ponownie przyziemić. Niestety niedostateczne przeszkolenie załogi, specyfikacja TU-154(duża prędkość przyziemienia) oraz złe informacje z wieży doprowadziły do tej jakże brzemiennej w skutkach katastrofy z której powinniśmy wyciągnąć jak najwięcej wniosków.
środa, 16 marca 2011
Z KOGO WARTO BRAĆ PRZYKŁAD?


Uwaga całego świata przez ostatnie dni skierowana jest w stronę Japonii. Trzęsienie ziemi, które nawiedziło kraj kwitnącej wiśni wyniosło 9 st. w skali Richtera. Warto przypomnieć, że jest to jedno z najsilniejszych trzęsień z jakim naukowcy mieli do czynienia. W przypadku Japonii katastrofa ma wymiar podwójny, bowiem przesunięcia płyt tektonicznych prócz silnych wstrząsów wywołały fale tsunami– w opinii wielu jeszcze groźniejsze niż trzęsienia ziemi.
Dla wielu ludzi podobnego rodzaju kataklizmy związane z siłami natury są czymś powszednim, co jakiś czas media podają nam informacje o podobnych wydarzeniach mających miejsce w różnych krajach. Śmiało można by stwierdzić, iż Japończycy nie są osamotnieni w swojej tragedii. Istnieje jednak coś, co zdecydowanie odróżnia sytuację innych poszkodowanych państw, od sytuacji Japonii. Pomijając fakt doskonałego wręcz przygotowania technicznego w razie nadejścia katastrofy, to naród ten potrafi się świetnie zachować w obliczu samej zaistniałej już tragedii, co pozwala umniejszyć jej negatywne skutki.
Cechą Japończyków jest to, że nie pogrążają się w panice czy przygnębieniu, nie oczekują też jakiegoś współczucia czy politowania ze strony innych państw. Kataklizm wyzwala w Japończykach pewien altruizm. Wystarczy włączyć telewizję i poczytać trochę informacji, żeby przekonać się, w jaki sposób ludzie tam potrafią sobie nawzajem pomagać. Przykładem tego są chociażby supermarkety, które obniżają swoje ceny lub właściciele automatów z napojami rozdający butelki z wodą. Podobne zachowania dla wielu wydawać mogą się dziwne, bowiem zdajemy sobie sprawę, co działo by się w inny krajach w podobnej sytuacji. Gdzie indziej ludzie wykorzystując zaistniały chaos prawdopodobnie zaczęli by plądrować i kraść, myśląc wyłącznie o swoim dobrobycie. Przykładów nie trzeba daleko szukać: Podczas powodzi w Wielkiej Brytanii w 2007 ludzie kradli butelki wody z transportów z pomocą. Aby zatrzymać szabrownictwo w Chile po ubiegłorocznym trzęsieniu ziemi rząd musiał wysłać wojsko, z kolei po uderzeniu huraganu Katrina w Nowym Orleanie można było zobaczyć grabieże na niesamowitą skalę. Pod tym względem Japonia zdecydowanie odstaje od normy. Tutaj każdy każdemu chce pomóc, dotyczy to również mediów, do których zaufanie jest bardzo duże. Liczy się jak najszybszy przekaz, a media w tym pomagają.
Japończycy mają całkowite zaufanie do rządu, do tego co podają media. Nie ma mowy o jakiekolwiek niesubordynacji. U nas w Polsce, gdy powódź zalewa jakieś miejsce, mieszkańcy często nie chcą słuchać komunikatów o ewakuacji. Zostają w domach i ignorują ostrzeżenia. Tam jest inaczej. Jest decyzja - jest ewakuacja. Nie ma dyskusji o to czy rząd się pomylił, albo ”może nas to ominie”. Japończycy potrafią bardzo szybko dostosować się do zaistniałych okoliczności, błyskawicznie ogarniają rzeczywistość, szczególni jeżeli dzieje się źle. Warto przytoczyć (co zresztą można było zaobserwować w telewizji) moment rozdawania paczek na ulicach, wszystkich ludzi niezależnie od wieku cechowała ta sama uprzejmość i spokój. Gdyby nas obcokrajowców położyć w podobnej sytuacji to pewnie ofiar byłoby dużo więcej i to nie z powodu zawalenia się jakiegoś budynku tylko zadeptania się i ogólnej paniki.
poniedziałek, 28 lutego 2011
Smoleńsk- katastrofą polskiej polityki

Zbliża się rocznica katastrofy pod Smoleńskiem. Bez wątpienia było to tragiczne wydarzenie, które wstrząsnęło nie tylko Polską, ale i całym światem. Przez kilka dni żałoby narodowej wszyscy Polacy, w tym politycy starali się łączyć w bólu z rodzinami ofiar, odkładając na bok polityczne spory. Starali się, chociaż nie zawsze im to wychodziło. Pierwszy spór pojawił się już w kwestii pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. Była to dopiero pierwsza bitwa w wielkiej smoleńskiej wojnie, później bywało już tylko gorzej.
Szybko trzeba było otrząsnąć się z katastrofy, państwo przecież musi funkcjonować normalnie, dlatego po fali żałoby, Polskę ogarnęła kolejna fala, tym razem kampanii prezydenckiej. Nie chciano poruszać tutaj kwestii katastrofy, nie miało być gry na uczuciach. Miał za to być koniec wojny polsko- polskiej. Smoleńsk miał uświadomić politykom, że lepsza jest polityka miłości niż polityka nienawiści. Wszyscy wierzyliśmy w to pojednanie, niestety tylko do 20 czerwca, może trochę dalej, do 4 lipca czyli do dnia drugiej tury głosowania. Później czar prysł, nikt nie mówił o miłości, pojednaniu, zgodzie, porozumieniu czy innych tego typu abstrakcyjnych na ten czas pojęciach.
Najważniejszymi słowami były- nienawiść, krzyż, wróg. Właśnie ta żałosna sytuacja jaka miała miejsce pod Pałacem Prezydenckim pokazała słabość polskiej polityki. Można było odnieść wrażenie, że nikt nie jest w stanie zakończyć tej patowej sytuacji, a już na pewno nie są to rządzący. W pewnym momencie krzyż stał się tylko tłem, a na pierwszy plan wysunął się polityczny konflikt pomiędzy partiami. Moim zdaniem w tym momencie skończyła się zachowawcza polityka PiS-u. Wcześniej mówili, że nie będą ,,grać na emocjach”, a od tego momentu ,,gra katastrofą” stała się elementem polityki PiS. Składanie kwiatów pod Pałacem Prezydenckim przez przedstawicieli PiS jest najlepszym przykładem na nadmierne eksponowanie, a nawet przejaskrawianie całej katastrofy. To nie jest oddanie czci ofiarom, to jest raczej brutalna gra polityczna. Nie mówiąc już o pojawiających się co jakiś czas teoriach spiskowych, czy szukaniu winnych wśród polityków partii rządzącej.
Wiadomo śledztwo musi być przeprowadzone, zapewne zakończy się wskazaniem winnych, ale czy w takim razie nie można cierpliwie czekać? Jeden czy drugi polityk rzucając kolejne oskarżenia nie dojdzie do prawdy, a wręcz przeciwnie jeszcze bardziej będzie się od niej oddalał, zakrzywiając obraz rzeczywistości. Trzeba zostawić prowadzenie śledztwa kompetentnym osobom, a politycy raczej do nich nie należą.
Polska scena polityczna już przed katastrofą była podzielona, a język debaty politycznej bywał brutalny. Jednak moim zdaniem to co dzieje się teraz jest odstępstwem od normy, a pojęcie kultury politycznej odeszło w zapomnienie.
Temat katastrofy smoleńskiej nie schodzi z pierwszych stron gazet, cały czas elektryzuje polityków, ale Polacy są już nim zmęczeni. Być może w odpowiedzi na nastroje Polaków intelektualiści z inicjatywy ,,Zmowa Obywatelska” napisali list do marszałków Sejmu i Senatu. W liście proszą o umiar i rzeczowość w wypowiedziach publicznych oraz o okazanie szacunku dla odmiennych poglądów.
Czy ten apel coś zmieni? Chciałabym w to wierzyć, ale myślę, że nie ma się co łudzić. Zapewne nadal będziemy oglądać jak politycy wykorzystują tragedię wielu rodzin do własnej gry politycznej.
Wszystko to pokazuje jak bardzo polityka może być brutalna, ale zarazem płytka. Coraz częściej zastanawiam się o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi- czy naprawdę politykom ,,leży na sercu” wyjaśnienie przyczyn katastrofy, a może chodzi tylko o to, żeby jak najwięcej „ugrać” na tym temacie. To już pozostawię do indywidualnego rozpatrzenia.