Kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami. Przyzwyczailiśmy się już do niepopularnych i kontrowersyjnych zagrywek polityków, którzy próbują zwrócić na siebie uwagę. Czasem, kończy się to efektem odwrotnym do zamierzonego: polityk zdobywa popularność, ale z pewnością nie taką jaką by chciał. W efekcie przestaje być politykiem. Bo jak nim być kiedy nikt go nie wybierze?
Spoty wyborcze to ważna część każdej kampanii. Są to krókie filmy, które mają zachęcić do głosowania na konkretnego kandydata. Najlepiej gdyby przekaz był krótki, konkretny i wyrazisty. Ważne by czymś się wyróżniał. Czasami politycy wpadają w pułapkę. W tegorocznej kampanii wyborczej do europarlamentu mieliśmy okazję zobaczyć kilka absurdów.
Portal tvn24.pl zorganizował plebiscyt na najmniej udany
spot tej kampanii wyborczej. Pierwsze miejsce zajął Armand Ryfiński (i jego
pies) z koalicji Europa Plus Twój Ruch, drugie miejsce przypadło Michałowi
Boniemu z PO, który wyłania się z krzaków, a trzecie zajął Karol Karski z
PiS-u.
Kolejne czwarte miejsce zajął Paweł Piskorski, a na piątym
uplasowała się Joanna Senyszyn.
Oto zwycięskie spoty tego plebiscytu, który pozwolę sobie skomentować
Armand Ryfiński ewidentnie nienawidzi Kościoła katolickiego. Już na wstępie pokazuje arogancję; nazwę koalicji śpiewa jak piosenkę kościelną. Następnie oburza się na wysokość kwoty jaka została przeznaczona na budowę świątyni. Jeśli dodać do tego wyliczanie zespołów metalowych i jego psa z rogami, pozostaje jedynie spuścić zasłonę milczenia. Spot jest żenujący i bez idei. Wyborcy mówią NIE; Armand Ryfiński do Brukseli nie pojedzie.
Drugie miejsce zajął Michał Boni.
Kompletnie niezrozumiały slogan wyborczy w postaci zbitki słów: Nie mów nie Boniemu, bo nie. I sam Michał Boni wyskakujący z krzaków...
Na podium znalazł się też spot Karola Karskiego z PiS-u.
Piosenka wyborcza może nie jest najwyższych lotów, ale wpada w ucho. Może stąd popularność polityka, który jednak zdobył mandat europosła?
Ciekawe że spoty te oceniono jako najgorsze, a wśród nich jednak znalazł się wygrany.
żródło:wp.pl Według sondażu IPSOS: PO znalazła się na pierwszym miejscu z wynikiem 32,8 proc., drugie miejsce zdobył PiS z wynikiem 31,8 proc., a trzecie SLD z wynikiem 9,6 proc. Dużą niespodzianką jest wynik Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego,ponieważ zdobyła aż 7,2 proc. poparcia. Wynik wyborczy PSL to 7,0 proc. Gdyby te wyniki się potwierdziły to do europarlamentu nie dostała by się, Europa Plus Twój Ruch ma 3,7 proc., Solidarna Polska 3,1 proc., Polska Razem 2,8 proc., a Ruch Narodowy 1,5 proc. Według sondażowych wyników wyborów frekwencja wynosiła jedynie 22,7 proc, gdy w całej Unii Europejskiej frewencja wynosiła średnio 43,11 proc wszystkich uprawnionych do głosowania. źródło: TVN 24, interia.pl, wp.pl.
Jak podaje Wikipedia, cisza wyborcza tookres, w którym pod groźbą kary zabroniony jest
jakikolwiek sposób agitacji. Z założenia cisza wyborcza ma być czasem, w którym obywatele, po kampanii, mogą
zastanowić się, jakiego chcą dokonać wyboru.
Właśnie
trwają wybory do europarlamentu. Cisza wyborcza obowiązuje do ich zakończenia, czyli do godziny 21. Zakazane są wystąpienia polityczne, audycje telewizyjne i
radiowe z udziałem kandydatów oraz naklejanie plakatów. Nie wolno organizować
manifestacji i zamieszczać jakichkolwiek publikacji na temat kandydatów.
Warto
pamiętać że cisza wyborcza obowiązuje także w Internecie. Z pewnością jest to
przestrzeń, którą będzie trudno „przypilnować”. Warto uświadomić sobie, że w sieci
wypowiedzi na temat kandydatów i komitetów wyborczych traktowane będzie jako
wykroczenie i zostanie wyjaśnione w drodze postępowania prowadzonego przez
organy ścigania i sądy. Jednak nie tylko w ten sposób można naruszyć ciszę
wyborczą. Można to zrobić np. przez opublikowanie w serwisie społecznościowym
zdjęcia kandydata lub polubienie jego profilu.
Grozi
nam za to kara grzywny w wysokości od 20 zł do nawet 5 tysięcy zł. Najwyższa grzywna - od 500 tys. zł do 1 mln zł - grozi za
publikację sondaży.
Jak to wygląda w innych krajach?
W Wielkiej Brytanii nie ma ciszy wyborczej. Sondaże są publikowane a politycy występują w mediach do ostatniej chwili. W dniu wyborów przed lokalami wyborczymi ankieterzy i dziennikarze wypytują wyborców o to jak głosowali. Natomiast mediom nie wolno zaglądać do lokali wyborczych, a członkowie komisji mają zakaz udzielania wywiadów i jakichkolwiek informacji. Samym wyborcom przypomniano, że za robienie sobie zdjęć - tzw. selfies w kabinie do głosowania grozi grzywna. Chcą w ten sposób wywróżyć wynik. Samo wprowadzenie ciszy wyborczej uznano by za łamanie wolności słowa.
Podobna sytuacja jest w Niemczech. Nie istnieje ustawowa cisza wyborcza. Przez wiele lat obowiązywała jedynie umowa dżentelmeńska zgodnie z którą kampania kończyła się w piątek. Jednak porzucono ten pomysł podczas wyborów parlamaentarnych w 2005 roku. W tej chwili walka trwa nawet do dnia samych wyborów.
Czy cisza wyborcza ma sens?
Cisza wyborcza jest często martwa. Wszelkich działań agitacyjnych nie da się uniknąć ani wykryć. Więcej problemów tworzy się poprzez "pilnowanie" przepisów, niż przez faktyczne zniesienie ciszy.
Politycy którzy będą próbowali nachalnie przekonać wyborców nie osiągną sukcesu. To przede wszystkim dla nich dobry sprawdzian; wyborcy obserwują walkę, mogą ocenić czy grają czysto, a także zobaczyć jak reagują w sytuacjach nerwowych i podbramkowych.
Zwolennicy Kongresu Nowej Prawicy mają prawdziwe powody do radości. Najpierw partii udało się zarejestrować swoich kandydatów we wszystkich trzynastu okręgach. Teraz większość sondaży
pokazuje, że komitet wyborczy „Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke”
ma szansę zdobyć nawet 8% głosów w wyborach do Parlamentu
Europejskiego. Jeśli te prognozy się sprawdzą, będzie to pierwszy
od ponad dwudziestu lat polityczny sukces tego kontrowersyjnego
działacza. Skąd tak duży wzrost poparcia dla człowieka, któremu
jak dotąd nie udawało się przekroczyć pięcioprocentowego progu
wyborczego?
źródło: onet.pl
Nie jest dla nikogo
zaskoczeniem, że w dzisiejszej, przeżywającej kryzys ekonomiczny
ale i tożsamościowy Europie, mamy do czynienia z rosnącą
frustracją wśród ludzi młodych, co przekłada się także na
rosnącą popularność radykalnych rozwiązań politycznych.
Głoszące skrajne poglądy partie polityczne od prawa do lewa, które
jeszcze parę lat temu cieszyły się marginalnym poparciem, dziś
osiągają kilkunastu- a nawet kilkudziesięciu procentowe wyniki
wyborcze, by wymienić chociażby grecki faszystowski Złoty Świt
czy komunizującą partię SYRIZA, holenderską antyimigrancką
Partię Wolności czy węgierski nacjonalistyczny Jobbik, głoszący
chęć zerwania więzi Węgier z Europą i zbliżenie z Azją. W
Polsce wydawało się dotychczas, że to zjawisko nie występuje aż
w tak dużym nasileniu. Jednak wzrost poparcia dla skrajnie
prawicowych ugrupowań w dość krótkim czasie, oraz radykalizacja
prawicy parlamentarnej, zdaje się pokazywać, że ten europejski
trend dociera do nas z opóźnieniem.
Kim są więc wyborcy
Janusza Korwin-Mikkego? Nietrudno odgadnąć, że to przede
wszystkim ludzie młodzi, często mający w tym roku po raz pierwszy
możliwość udziału w wyborach. Spora część z nich chce po
prostu oddać swój głos na kandydata, nie będącego nigdy u
władzy, osobę spoza tzw. „układu”. A Janusz Korwin-Mikke jest
właśnie najbardziej rozpoznawalnym z pozaparlamentarnych polityków.
Kontrowersyjne wypowiedzi, wskazywanie winnych obecnej sytuacji,
nazywanych bez ogródek złodziejami i przestępcami i jednoczesne
pokazywanie „prostych rozwiązań” na wszelkie możliwe problemy,
tylko zwiększają jego popularność. Proste hasła, zdecydowanie,
radykalizm światopoglądowy i opinia niezłomnego, który „nigdy
się nie sprzedał” i który zrobi porządek z „tymi przy
korycie”, to klucz do popularności tego polityka wśród młodych.
Na podobnej zasadzie poparcie zyskiwał niegdyś Andrzej Lepper, z tą
różnicą, że jego elektorat w większości stanowili mieszkańcy
wsi, często starsi i słabo wykształceni.
Ale za tak duży wzrost
popularności JKM odpowiada druga grupa głosujących -jego oddani
zwolennicy, którzy od lat prowadzą nieustanną kampanię w
internecie, a która po latach zaczęła przynosić w końcu efekty.
Sam Korwin-Mikke przyznaje, że jego działalność agitacyjna to
przede wszystkim spotkania z wyborcami w różnych miastach Polski
oraz działalność internetowa, za którą stoją
członkowie jego partii. Działalność ta nie wymaga prawie żadnych
nakładów pieniężnych, co w przypadku partii nie finansowanych z
budżetu państwa często pozostaje jedyną formą prowadzenia
kampanii.
Jakie wartości głoszące
przez JKM zyskały sobie tak dużą popularność w ostatnich latach? Przede wszystkim skrajny liberalizm w sferze ekonomicznej, który
ma być lekarstwem na wszelkie, hamujące rozwój tego
państwa bolączki, takie jak : korupcja, rozrost biurokracji, wysokie podatki
i wszelkiej maści przepisy, utrudniające (w jego mniemaniu) życie
przeciętnemu obywatelowi. Jest to z pewnością fenomen w skali
europejskiej, z tego względu, że radykałowie z innych części
Europy zarówno z lewej (co naturalne) jak i z prawej strony nie zostawiają
suchej nitki na neoliberalnej polityce. Neoliberalizm w ich opinii
przyczynił się zarówno do kryzysu ekonomicznego jak też rozpadu
tradycyjnych wartości, na rzecz wyścigu szczurów i kultu
konsumpcji. W tej sytuacji JKM, nawet jeśli uda mu się wejść ze
swoim ugrupowaniem do Parlamentu Europejskiego, może mieć trudności
z nawiązaniem szerszej współpracy z innymi liczącymi się
partiami radykalnej prawicy. Wspólnym mianownikiem z pewnością
będzie dla nich krytyka instytucji Unii Europejskiej i obrona
suwerenności narodowej, której ich zdaniem te instytucje zagrażają. JKM mówi wprost o UE jako kontynuacji tradycji państw totalitarnych , nazywa Eurokołchozem i oskarża o niszczenie cywilizacji łacińskiej.
Czy sukces polityczny w eurowyborach przełoży się też na sukces w
przyszłych, polskich wyborach parlamentarnych? Z pewnością będzie
to zależeć od działalności samego JKM w europarlamencie, a znając
jego aktywność, można się spodziewać, że jeszcze wiele w
najbliższym czasie na jego temat usłyszymy.
Była minister sportu (lub jak kto woli „ministra”) Joanna Mucha ma możliwość powrotu do rządu. Według „Gazety Wyborczej” Joanna Mucha ma duże szanse na
zostanie ministrem ds. równego traktowania. Miałaby zastąpić Agnieszkę
Kozłowską – Rajewicz, która startuje w wyborach do Parlamentu Europejskiego.
źr: wprzerwie.pl
Joannę Muchę bardzo dobrze ocenia Kongres Kobiet. Była minister sportu
brała udział w wielu kongresach regionalnych, czym z pewnością uzyskała sympatię tego środowiska. Jak mówi prof. Magdalena Środa – Pełnomocnikiem musi być
osoba o wrażliwości równościowej, a Mucha z pewnością taką posiada.
Wiele razy Joanna Mucha dała wyraz popierania działań feministycznych
czy też równościowych. Będąc jeszcze ministrem sportu w programie
publicystycznym „Tomasz Lis na żywo” mówiła, że kobietom które zajmują się
polityką jest trudniej np. w kontaktach z rodziną. Natomiast jeśli chodzi o
kwestie związane z pracą – na pewno nie. Wyrażała też poparcie dla parytetów dla kobiet i
mężczyzn w polityce. Pozytywna opinia Kongresu Kobiet na jej kandydaturę wydaje się
więc zrozumiała.
Joanna Mucha nie jest jednak jedyną kandydatką na stanowisko
po Kozłowskiej – Rajewicz. Wymienia się również posłanki PO z Parlamentarnej
Grupy Kobiet. Są to np. Bożena Szydłowska, która jest szefową tej grupy, Beata
Libera-Małecka czy Maria Janyska.
Źr: natemat.pl
Sprawa jest wciąż otwarta, żadnych potwierdzeń nie ma, choć rzecznik rządu Małgorzata Kidawa Błońska informowała, że premier już zastanawia się nad zastępstwem Kozłowskiej Rajewicz.
Czy to nie za wcześnie? Czy Donald Tusk jest tak bardzo pewny zwycięstwa swojej kandydatki? Trzeba przyznać, że sytuacja Kozłowskiej-Rajewicz jest bardzo dobra, ponieważ otwiera listy PO w okręgu województwa wielkopolskiego. Jej szanse na mandat są wysokie.
źr: youtube.pl
Wystąpienie Agnieszki Kozłowskiej - Rajewicz podczas konwencji wyborczej Platformy Obywatelskiej.
Sama Joanna Mucha nie komentuje tych spekulacji i nie wypowiada się na temat jej ewentualnego powrotu do rządu. Aktualnie pracuje w sejmowych komisjach ds. zdrowia i nowych technologii.
Czwartego kwietnia w
Brukseli miała miejsce demonstracja związkowców zorganizowana
przez Europejską Konfederację Związków Zawodowych. Wydarzenie
odbyło się w tzw. Dzielnicy Europejskiej gdzie znajdują się
siedziby najważniejszych instytucji unijnych. Na miejscu stawiło
się ok. pięćdziesięciu tysięcy działaczy z całej Europy.
Polskę reprezentowali przedstawiciele NSZZ Solidarność oraz OPZZ.
EKZZ domagała się
zakończenia tzw. „polityki zaciskania pasa” w imię walki z
kryzysem, który ich zdaniem jest tylko pretekstem do
przeforsowywania kolejnych cięć w sferze socjalnej i służy
interesom bogatych. Na transparentach niesionych przez demonstrantów
pojawiły się takie hasła jak „Więcej socjalnej Europy”,
„Polityka zaciskania pasa = bieda” czy „Europa dla pracowników,
nie dla Trojki”. Tzw. Trojka to przedstawiciele Komisji
Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz
Europejskiego Banku Centralnego, którzy realizują nowe reformy
finansowe w krajach objętych programami pomocowymi, m.in. w Grecji.
Ludzie ci oskarżani są m.in. o sprawowanie niedemokratycznej (nie są
wybierani), za to faktycznej władzy, forsując często ostre cięcia
budżetowe, szczególnie dotkliwe dla mniej zamożnych obywateli.
Manifestacja była częścią kampanii „Nowa droga dla Europy”.
Jej głównym celem było zwrócenie uwagi kandydatów do Parlamentu Europejskiego w obliczu zbliżających się wyborów na problemy
związane z pogarszającymi się warunkami pracy, bezrobociem oraz
ograniczaniem praw pracowniczych w całej Europie.
Wiceszef Komisji
Krajowej NSZZ Solidarność Jan Wielgus cele udziału w demonstracji
określił następująco: Domagamy się zaprzestania cięć w
środkach przeznaczanych na inwestycje, bo one przecież tworzą nowe
miejsca pracy. Potrzebne są nakłady na innowacyjność, by
pracodawcy nie konkurowali ze sobą wyłącznie kosztami pracy
Działania na rzecz tworzenia nowych miejsc pracy powinny być dla UE
absolutnym priorytetem, bo bezrobocie to obecnie jeden z podstawowych
problemów we wszystkich krajach członkowskich.
W trakcie
demonstracji doszło do starć z policją. Protestujący rzucali
butelkami z benzyną, a także płytami brukowymi, wyrwanymi z
chodników. Funkcjonariusze użyli przeciwko nim miotaczy gazu oraz
armatek wodnych. Według wstępnych informacji rannych zostało ok.
trzydziestu uczestników. Na wiele godzin został także wstrzymany
ruch w Dzielnicy Europejskiej.